Urząd Gminy Koszęcin

A- A A+ kontrast normalny kontrast wysoki kontrast kontrast

Niezwykłe życie – wspaniały jubileusz

Każdy jubileusz pożycia małżeńskiego jest pięknym momentem, ale te staże 50- i 60-letnie chyba w każdym wzbudzają wielki podziw i szacunek. Czy można szczęśliwie przeżyć z jedną osobą aż tyle lat? Jak okazuje się - można - i to nawet więcej. Niewiele osób wie, że właśnie w Koszęcinie żyje para, która przed siedemdziesięcioma laty stanęła przed ołtarzem i wypowiedziała sakramentalne „tak”. 2 marca państwo Paulina i Konrad Pikosowie świętowali 70 rocznicę zawarcia związku małżeńskiego. Wójt Grzegorz Ziaja oraz Sekretarz Pelagia udali się w odwiedziny do dostojnych jubilatów, aby w imieniu całej społeczności złożyć najserdeczniejsze życzenia i gratulacje oraz kwiaty i prezent. Ponadto wójt przekazał na ręce wyjątkowej pary list gratulacyjny, który przesłał sam Wojewoda Śląski Zygmunt Łukaszczyk. Po życzeniach i oficjalnej części, już przy kawie i ciastku, nadszedł czas wspomnień i opowieści, których dostojni małżonkowie mają naprawdę wiele – pan Konrad ma 98 lat, a pani Paulina – 90. „Codziennie Bogu dziękujemy i nawzajem się podziwiamy, że udało nam się tyle razem przeżyć” - takimi słowami pani Pikos rozpoczęła swoje opowiadanie. Jej mąż siedział i przysłuchiwał się tym opowieściom. Czasem tylko coś wtrącił lub dopowiadał parę słów. Życie nie było łatwe, bo czasy w których przyszło żyć - bardzo smutne. Młodzi pobrali się w 1943 roku, kiedy wokół trwała II wojna światowa. Nie podejrzewali, że już parę miesięcy po ślubie czekała na nich pierwsza życiowa próba – pan Konrad został wcielony do wojska i w przeciągu zaledwie kilku godzin musiał stawić się do odjazdu. Po roku, w którym małżonkowie praktycznie nie mieli ze sobą kontaktu, nadeszła najgorsza wiadomość – Konrad Pikos zaginął i najprawdopodobniej zginął na froncie we Francji. Choć było to niewyobrażalnie trudne, pani Paulina nie dała wiary tej wiadomości i czekała, mając nadzieję, że jej mąż żyje i wróci. Przejęła wszystkie obowiązki i sama prowadziła ich zakład fryzjerskim, który wcześniej otwarli w Chorzowie. „Pamiętam jedną kontrolę. Zakład działał przecież na nazwisko mojego męża, który teoretycznie nie żył. Według prawa nie mogłam prowadzić działalności na zaginionego. Urzędnicy, chcieli go po prostu zamknąć, ale przecież było to moje całe życie i źródło utrzymania” - wspomina. Choć było mnóstwo przeciwności do pokonania, to ostatecznie udało się jej utrzymać zakład. W tym czasie pan Konrad został poważnie zraniony przez amerykańskie wojsko i trafił do ich niewoli. Paradoksalnie dzięki temu udało mu się przeżyć i uratować postrzeloną nogę. Przebywał we Francji, a później został zabrany statkiem Stanów, do Nowego Jorku. Po w sumie trzech latach tułaczki wrócił do domu, do Chorzowa, poturbowany i na ciele i na duchu. „To co wojna robi z człowiekiem, to w jaki sposób go niszczy wewnętrznie, jest ciężkie do wyobrażenia. Potrzeba było wiele cierpliwości i rozwagi, żeby prostować, łagodzić i naprawiać te wszystkie szkody”. Dodatkowo, nad młodym małżeństwem zbierały się kolejne ciemne chmury - groźba wysiedlenia. Ich własny zakład został przejęty przez spółdzielnię, po prostu z dnia na dzień przestali być właścicielami swojej własności, a do pracy zaczął przychodzić nowy „kierownik”. Na szczęście ciągle mogli tam pracować, aż do 1959 r., kiedy ostatecznie postanowili przenieść się do Koszęcina. Na działce u teściów wybudowali swój dom. Ich córka miała wtedy 13 lat. „Było mi bardzo ciężko zostawić Chorzów. To było moje miasto - duże i na ówczesne czasy bardzo bogate. Było to miejsce w którym spędziłam całe moje dzieciństwo i które po prostu kochałam. Mój mąż również czuł się tam jak u siebie. Niestety ze względu na kilka przyczyn musieliśmy się przenieść na wieś”. Także w Koszęcinie nie było łatwo. Państwo Pikosowie chcieli mieć tutaj swój własny zakład fryzjerski. Ówczesna władza bardzo niechętnie patrzyła jednak na takie przedsięwzięcia. Tysiące problemów, wielokrotne odmowy i rzucane kłody pod nogi... Jednakże dzięki kilku osobom o dobrym sercu, pani Paulinie udało się ostatecznie otworzyć swój własny zakład fryzjerski. I tak klucząc pośród tych bardzo smutnych, ale też niezwykłych historii i wspomnień, tak przepięknie opowiedzianych przez ich bohaterów, na powrót znaleźliśmy się przy stole w gościnnym pokoju. Na koniec jeszcze jedno pytanie, a właściwie prośba o zdradzenie ich sekretu na szczęśliwe małżeństwo, które przez większą część czasu trwało w bardzo ciężkich i smutnych czasach. Odpowiedź brzmi jednym głosem - zgoda i wzajemny szacunek oraz rozsądne podejście do pieniądza. „Choć pieniędzy nie mieliśmy nigdy za dużo, to wystarczało na życie. Dzisiaj możemy powiedzieć, że udało nam się osiągnąć wszystko to, o czym jako młodzi ludzie marzyliśmy. Codziennie potrzeba jednak dużo cierpliwości i wyrozumiałości dla siebie nawzajem.” Na początku tego roku państwo Pikosowie planowali, że jeśli dożyją kolejnej rocznicy, to chcieliby podziękować Bogu za ten niezwykły dar wspólnego życia. Ich życzeniem było, żeby msza odbyła się zupełnie anonimowo, bez nazwisk, dat i całego „szumu”, zwykle towarzyszącemu takim chwilom. Ks. Sławomir Madajewski, proboszcz Parafii NSPJ powiedział jednak, że na takie coś nie może się zgodzić. Jest to zbyt wyjątkowy jubileusz, który zdarza się bardzo rzadko, dlatego powinien być świętem dla całej wspólnoty. I w ten sposób uroczystą mszę świętą w intencji Jubilatów odprawił biskup Jan Kopiec, a ta wielka radość i wzruszenie udzieliła się całej koszęcińskiej społeczności. (MTL)

Losowa galeria zdjęciowa

Mapa strony